Niekończące się seriale
W ramówkach wielu stacji telewizyjnych pełno jest wszelkiego rodzaju seriali. Niektóre goszczą w domach widzów tylko przez jeden czy dwa sezony, inne zadamawiają się i zostają na dłużej, czasami na lata. Niektóre z nich mimo upływu czasu wciąż cieszą się niesłabnącą popularnością, wiele z nich oglądają pokolenia zarówno babć jak i wnuków. Jednak wciąż wielu speców od świata mediów twierdzi zgodnie ze starą maksymą, że co za dużo to niezdrowo i wszystkie telewizyjne produkcje w końcu kiedyś powinny się skończyć. O dziwo, nie kończą się. Z pewnością to nie eksperci, ale rzesze widowni decydują o tym, że dany serial utrzymuje się na antenie przez lata, jednak powstaje w takiej sytuacji pytanie: kto ogląda tego typu seriale? Na pewno ktoś i to ktoś w dość pokaźnej ilości, skoro do tej pory nie zdjęto z ramówek seriali z przed lat i nie zastąpiono ich czymś nowym, teoretycznie lepszym. Z pewnością jest to widownia, która dostrzega w oglądaniu tego rodzaju produkcji jakiś sens, bądź też nie dostrzega go poza tym, a serial jest tylko okazją do wprowadzenia subtelnej zmiany lub utwierdzenia się w tym przekonaniu. Tego rodzaju produkcje, jako właściwie niezmienne, emitowane z reguły o stałej porze stają się swego rodzaju ostoją, w pewnym sensie dają poczucie bezpieczeństwa, wszystko się zmienia, a one nie. To nawet da się wpisać w swego rodzaju psychologiczny aspekt. Koleją sprawą jest to, że z reguły takie seriale nie są zbyt wymagającymi od widzów. Stereotyp nakazuje upatrywać w tym wielopokoleniowych rodzinnych mezaliansów, rozterek, rozwodów, czy nawet „zmartwychwstań”, które nie wymagają od widza większego wysiłku intelektualnego, wszystko mamy podane na srebrnej tacy, gotowe do pochłonięcia, przekazane najprościej jak się da, mówi się, ze jak ktoś tam zaczyna upadać, to upadek kończy zderzeniem z podłożem po dwóch odcinkach, coś w tym jest. Serial tego typu nie może odstraszać zbytecznym nagromadzeniem skomplikowanych elementów, musi być „apetyczny”. Ważnym elementem wciągającego „tasiemca” musi być też właściwa obsada aktorska. Oglądający muszą przyzwyczaić się do bohaterów do tego stopnia, by nie wyobrażać sobie dnia czy tygodnia bez ich twarzy na ekranie. Muszą pokochać tych dobrych, znienawidzić złych, utożsamić się z ulubionym charakterem, czasem także tym czarnym, który oczywiście w końcu okazuje się być dobrym. Fabuła musi widza wciągnąć, nie uczyć, nie umoralniać, ma przyciągnąć przed ekran, nie raz, nie dwa, ale setki i tysiące razy. Musi trzymać w napięciu do ostatniej sekundy by w końcu nikt z oglądających nie mógł sobie odmówić obejrzenia następnego odcinka. Tu na próżno szukać sensu czy jakiejkolwiek logiki, tu nawet nie o to chodzi, logiczność kończy się z reguły na setnym odcinku, czy nawet wcześniej, chodzi o stałe, niezmienne liczbowo grono widzów, którym taka logika nie będzie potrzebna. I niekoniecznie, dlatego, że ich poziom intelektualny tego nie wymaga, otóż nie, kluczem do sukcesu danej produkcji może się okazać to, czy pozwoli ona widzom różnych grup wiekowych czy zawodowych znaleźć w nim to coś, co pozwoli choćby na tę chwilę dzienni oderwać się od codzienności i powtórzyć to kolejnego dnia, stworzyć sobie namiastkę innego, mniej skomplikowanego świata, a zadaniem scenarzystów produkcji tego rodzaju „tasiemców” jest stworzenie czegoś, co to widzom zapewni, zanim poszukają tego na innym kanale.
